Wojciech Hawryszuk - 1953-2020

Myśli przyłapane - cytaty, komentarze, zapiski...

Z emeilowej skrzyni
Za Platformy nie uszyto nawet jednej maseczki, a dzisiaj szyjemy dwa razy więcej.

SK 15 04 2020

Szpital nie przygnębia ale budzi niepokój. Nie budzi zaufania. Nie w tym sensie, że ludzie są tam nieuczciwi, ale raczej jako miejsce nieskuteczne, niepewne. Starzy ludzie nie chcą iść do szpitala. Ale też miejsce budzące nadzieję.

 

Powtarzalne, niezrozumiałe procedury wydają się być gdzieś obok życia i obok choroby. Nie dostrzeżesz postępu, prawidłowości. Dane są dla ciebie, nie oceniamy szpitala obiektywnie, cokolwiek by to miało znaczyć.

Czujesz izolację, chcesz do świata., do domu. Ludzie tu normalni ale skażeni rutyną. Rutyna jest lekarstwem na empatię, na współczucie, ale skażeni są. Bo mechanicznie, skażeni wykonują czynnosci. Jest dużo ludzi do obsłużenia ale nie tak wiele znowu. To biali. Chorzy rozmawiają głosno przez komórki, zdają się odnosić sukcesy nad wszystkim, nad wszystkimi, są głośni, ich komórki też są głośne, bo oni są głusi, nad wszystkim panują tylko nie nad sobą.

Piszę w szpitalu o siedmiu zbójach, o siedmiu różnych sprawach, kontynuuję na siłę zaczęte teksty. Najlepszy byłby jakiś nowy ludlum do czytania.

Jakieś strzępy, urywki, kończę zaczęte zdania. Pojawiają się jakieś wątki. Nie wiem czy ten zapisany w połowie notes, i cały drugi coś wniesie. Może o zwykłym strachu. Salowa zainteresowała się problemem, tak jej przyszło do głowy - przy ludziach snujących się po korytarzach, przy staruszkach i starcach, otóż przyszło jej do głowy spytać, co się dzieje z nieboszczykiem, którego nikt nie odbiera, nikt po niego się nie zgłasza. Ktoś jej odpowiedział. Jest jakaś procedura.

Uciekłem mniej lub bardziej skutecznie do notesów. Nie będę walczył z białymi na ich podwórku. Jakiś wtręt >co trzeba pokazać< z kropką. Komu? Czy chodzi o udowodnienie czegoś? Manifestowanie swojej niezależności i ich zależności, uwaga drobna, najleniwiej, pewnie niepotrzebna, przygotowana na wszelki wypadek, że to my im płacimy, niech się wysilą. I niech nie walą tymi drzwiami, koniec z bezceremonialnym budzeniem wszystkich kiedy cukier mierzą jednemu. Niech nie robią wywiadu, i nie omawiają wyników i diagnoz publicznie. Niech się opanują do kurwy nędzy.

Ludzie w szpitalach się zaprzyjaźniają jak w pociągu. A czasem wręcz przeciwnie. Chorzy zaprzyjaźniają się z personelem dodam dla wyjaśnienia. Pani Stasiu, Andżelina, Eudoksji, Fantasmagorio, Empiryno; familizują się fraternizują; panie Janku, Młody, . Może ludzie tacy są, , może zamknięcie, znajdowanie oparcia, szczelina w skale, tworzy chęć fraternizacji. Ludzie chcą się zaprzyjaźnić z białymi, a ja nie chcę. Od czasu do czasu wszyscy na korytarzu doświadczają czegoś w rodzaju satysfakcji ze swoich przyjaźnie niemalże.Może się właśnie naburmuszyłem, nachłeptałem, opiłem ale chcę być obcy, nieznany, nijaki, przezroczysty. Nie ma złudzeń.

I tak biali korzystając wszyscy naturalnej w tym miejscu pozycji, pozwalają na łaszenie się, na to ocieranie się o swoje wykrochmalone czasem białe futro. Nie wiem czy ich tam te łasice głaszczą. Chcę być obcy. Nie ma wyrozumiałości dla trzaskających drzwi, to przeciągi, bo jest środek sierpnia, okna nagrzane przez cały dzień - są otwarte. Muszą być. Cały dzień słońce w oknach. I nie ma najprostszej ochrony czyli markiz. Kliniczny przypadek głupoty i szkodnictwa projektantów. Nie mówiąc o tym jak są zaprojektowane i wstawione okna wyciskające dziury w otworach obłożonych kruchą płytą gipsową. Imponujące za to jest izolacja akustyczna sal. To duży sukces i umiejętność, żeby tak właśnie było. Ale dla trzaskających drzwi wyrozumiałości nie ma i nie będzie; podobno drzwi panie salowe, kucharki, pielęgniarki i lekarki nie zamykają, bo nie chcą dotykać klamek. I drzwi poruszane przeciągiem, walą bez opamiętania. W szpitalach psychiatrycznych poszli dalej – po prostu nie ma klamek.

Nie ma zgody na przekręcanie nazwisk i na wchodzenie pielęgniarek w rolę przedszkolanek (jakaś projekcja instynktu macierzyńskiego?) i pacjentów w rolę przedszkolaków.

Ja p-lę, jak z rana i po wizycie lekarza mawiał pan Adam, młodszy towarzysz niedoli.

Szpital i biali nie interesują się pacjentem interesują się chorobą. Albo jakimiś opisywanymi mniej lub bardziej wiarygodnie - objawami. Milicjanci szli na patrol parami, bo jeden umiał czytać a drugi pisać. Lub odwrotnie.

Jakby wybierali, czasem można odnieść takie wrażenie, co jest łatwiejsze.

Na pytanie, co tam piszę, nieodmiennie odpowiadałem – donosy. To na nas – krygował ten czy tamten biały – nie jeszcze nie na was, odpowiadałem. Nie brzmiało to jednak zbyt uspokajająco.

Pacjenci liczą na spotkanie ciekawych osób, taka niechby nieliczna korzyść z pobytu. Coś w tym jest, jak mawia Sławomir K.

Mantra białych – trzeba schudnąć – wiem – ale jak? Czekam wreszcie na wyjście. Powiedzcie, jak uciekać od głodu, jak tu mało jeść, kiedy cała rodzina wcina różne smakołyki. Moją bronią jest garnek do gotowania na parze i fakt, że to ja gotuję przeważnie. Nie czuję się zdegradowany gastronomicznie. Pierwsze dwa dni – bez problemów.

Dziś biały na odchodne miał karminowe usta. Miły był, że gdy znalazłem się za progiem, to się nawet nie obejrzał. Może mam niedobory w obszarze pieszczot natury ogólnej. Ten karmin to miał zachęcać i czy zniechęcać.

Szczecin, ul.* i ul. Kaszubska 19-20 sierpnia 2015 r.