Wojciech Hawryszuk - 1953-2020

Myśli przyłapane - cytaty, komentarze, zapiski...

Trener Włoch rozkłada ręce, trzymając się za głowę.

Z emejlowej skrzyni Ewy H.

Spis treści

 

Radio nadawało na częstotliwości 65,96 MHz (była to tzw. częstotliwość dolna, górną odpalono w grudniu 1992 roku). Mieliśmy do dyspozycji stół z Fonii lat jakieś 20 (wypożyczony ze szkolnego radiowęzła, ze spiętymi suwakami żeby startować jednocześnie 2 kanały, , 12 kanałów mono, 2 odtwarzacze CD, 2 magnetofony kasetowe TASCAM (emisja reklam odbywała się z kaset, ale „odpalenie” po sobie kilku reklam krótszych niż 15 sekund groziło pomyłką czytaj: śmiercią lub kalectwem, a także wściekłością reklamodawcy), była jedna studyjna montażówka, jedna kolumna też Fonii, mikrofony w tym jeden z Ameryki od Jarka Chołodeckiego. Fonia to było przedsiębiorstwo, które produkowało sprzęt studyjny dla Polskiego Radia i Telewizji. Od czasu do czasu, z bukietem w ręku, udawało się co nieco skubnąć z tej produkcji. Nadajnik o mocy 100 W kosztował tyle co cała reszta sprzętu; stał w pomieszczeniu redakcyjnym, na półce wmurowanej w ścianę i był podłączony do najzwyklejszego gniazdka 220 V. W suficie był otwór przez który to feeder (specjalny koaxialny kabel silnie ekranowany, o dużej średnicy) łączył nadajnik 100 W – standard, 19U - z anteną na dachu.

Tu miało miejsce kilka dziwnych wypadków. Nadawanie na częstotliwości wyższej, tzw. zachodniej spowodowało zakłócenia w AZART-ach (Antena Zbiorcza Radiowo-Telewizyjna – taka poprzedniczka telewizji kablowej obliczona na kilka zaledwie programów naziemnych) w okolicach Placu Orła Białego, a polegało to na tym, że drugi program TV miał obraz własny, a fonię Radia AS, co rozwścieczyło naród w noc sylwestrową 1992/93, bo uniemożliwiało zsynchronizowane oglądanie wieczoru sylwestrowego w telewizji. Ostatecznie antena wraz z nowym nadajnikiem trafiła na komin w Wiskordzie i tam pozostaje po dziś dzień. Podczas badań zasięgu radia odkryliśmy, że najlepiej nam idzie w okolicach Pogodna i Gumieniec. Wiceprezes d/s technicznych śp. Andrzej Wróblewski doszedł do wniosku, że wszystkiemu winne odbiorcze anteny telewizyjne na dacha przy Tkackiej, które w silnym polu stawały się zgodnie z zasadami fizyki antenami nadawczymi i wzmacniały sygnał.

Radio AS, które było spółką z o.o. i korzystało z częstotliwości, którą uzyskała Kuria Szczecińsko-Kamieńska od Ministerstwa Łączności (była wtedy taka możliwość). Były dwa rodzaje listowników – jeden dotyczył Katolickiego Radio AS a drugi Radia AS. Wszystko zależało od tego, do kogo trzeba było wystawić pismo. Opowiem o dwóch przypadkach, kiedy gdzieś tam w oddali mógł się pojawić jakiś konflikt między Kurią a „cywilami”. Moi koledzy z ZSP i „Ordynackiej”, twierdzi, że teraz jestem „czarny” i wg nich nie wyglądało to dobrze; Kuria, może nieoficjalnie, uznawała mnie za „czerwonego”, bo robiłem FAMę. Mój obraz w oczach społeczeństwa był zatem wielobarwny. Kiedyś ks. dr Ireneusz Sokalski, opiekun radia ze strony Kurii, członek zarządu spółki, wręczył mi kasetę, na której został nagrany fragment programu radiowego i głos parafianina, który dzwonił do nas z prośbą o interwencję w sprawie proboszcza. Parafianin uważał, że proboszcz nie może ganiać kotów i traktować ich kijem. I straszyć w śmietnikach. Zapytałem wtedy ks. Ireneusza, to jedynie przyszło mi do głowy, do kogo w takim razie ma dzwonić parafianin w sprawie proboszcza, jak nie do radia katolickiego? Mógłby bezpośrednio do proboszcza, ale zadzwonił raczej w dobrej wierze do radia. Ale poza tym ewidentnym nieporozumieniem, za „moich czasów” nie było raczej prowokacji chociaż wiele osób miało nam za złe, że pracujemy „u biskupa”. Decyzję o współpracy Kurii i Spółki AS podjął ks. abp Kazimierz Majdański.

Na antenie pracował ks Tomasz Zaklukiewicz; miał krótkie rozważania o Ewangelii. Słuchacze i ludzie z radia doskonale to zapamiętali, i twierdzą, że ta Ewangia poranna nie była czymś uwierającym, obcym ciałem w programie Radia AS.

Koło lutego 1992 powstało Akwarium czyli miejsce dźwiękowo wydzielone. W przestrzeni „roomu” znajdował się sekretariat, stanowisko reklamowców, przychodzili krewni i znajomi, lub jeszcze nieznajomi królika; miejsce było plotkarskie, rozgadane, rozpalone; kawki, herbatki i telefony. I całe mnóstwo ćmików. Akwarium było bardzo potrzebne ze względu na gości choćby, którzy mieli gdzie odetchnąć, zawłaszcza wtedy gdy trafili na Dzień Pieszego Pasażera Windy.

To wszystko stało się za sprawą Waldemara Marczyka. On był silnikiem, bardziej jednak silnikiem niż hamulcowym, na początku zrobił wszystko żeby wreszcie radio wystartowało „To co człowiek zaczął, Bóg dokończy za niego”. Albo – skończy. Do pewnego momentu ta zasada sprawdzała się i radio dorobiło się porządnego wyposażenia. To nawet nie był projekt, to był pomysł realizowany z dnia na dzień. I dlatego miało się nie udać. Ale się udało.

Wszyscy, którzy zaczynali pracę w Radio AS 1991 roku i w 1992, mieli do siebie zaufanie. Nawet jeżeli ginęły rzeczy, to raczej z logiką zapodziewania się czegokolwiek. A co z dyscypliną? Raczej nie było większych problemów. Tylko czasem dawało o sobie znać przekonanie K2 o swojej wyjątkowości. Wiele osób chciało go zwyczajnie wyrzucić, bo bywał nieznośny. Nie wiem czy miał tego świadomość. Różne były wynalazki, z porzuceniem otwartego radia rano i wyjściem ze studia w siną dal. Ale to była cenna osoba, najlepsza na antenie, z wyjątkowym talentem radiowym. Mam słabość do takich wyjątkowych osób. Być może decyzja – a byłaby zdecydowanie nieodwołalna – o wyrzuceniu go z pracy, niczego by KK nie nauczyła. Postawiłem na łagodną perswazję. Przepraszam cię K, ale musiałem o tym napisać, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Mimo, że to ty powinieneś pierwszy zacząć taką rozmowę.

 

Sławek Kupczyk (trafił do radia w styczniu 1992 roku) jako młodzieniec, został swego czasu uwiedziony pomysłem tygodnika „Przekrój”, który jako nagrodę za rozwiązanie trudnej krzyżówki (>>>) ufundował krzyżówkowiczowi skrzynkę pomarańczy. A było to w latach, kiedy dla statków z cytrusami z Kuby dawano specjalne eskorty, a „Iskry” patrolowały niebo nad Morzem Bałtyckie. Skrzynka pomarańczy była wtedy – w czasach słusznie minionych, a przez wielu nadal wyczekiwanych - zdobyczą zdecydowanie niewyobrażalną. To był spryt marketingowy dużej klasy – wmówić ludziom przed świętami, że nie szynka a te cytrusy są najważniejsze. I SK wymyślił, iżby zrobić 4 lipca konkurs, w którym można było wygrać 100* czy 1000* (niepotrzebne skreślić) butelek Coca-coli. Upojony sukcesem i Coca-colą zaproponował wygranie 4 grudnia 1 tony węgla. Węgiel pochodził z Węglokoksu. O tym, co było dalej – niech SK opowie sam. Razem kolegą Kornelukiem bodajże, który był w Radio As od specjalnych zadań m.in. barterowych. I jeszcze jedna, ostatnia anegdota opowiedziana przez Sławka Kupczyka; otóż zadzwonił jegomość z informacją, że podłożył bombę właśnie w Radio. Nie powiedział gdzie i jaką to bombę uszykował. W związku z tym, że trudno było ustalić w internecie, jaka to może być bomba, jakie podkłada się w stacjach radiowych, SK zwany przeze mnie i Ewę – Różową Panterą, zdecydowanie odpuścił jemioła. Za niecałe pół godziny jemioł zorientował się, że nikt nie bierze poważnie komunikatu, i opieprzył Różową Panterę, że nie zarządził ewakuacji. Tak oto Różowa Pantera vs. Szczeciński Bomber 1:0. Resztę anegdot niech opowie sam, m.in. o akcji kolegów z Kuriera Szczecińskiego. RP vel SK twierdzi, że wtedy życie było prostsze i można było sobie terrorystę olać zupełnie.

Za moją sprawą do radia trafił jeszcze Ryszard Torba z ARP, drugi naczelny, Ania i Wojciech Rośkowie z Olsztyna, Piotr „Tytus” Czajkowski z ARP.

Najciekawszym pomysłem konkursowym był konkurs 10 imion, autorstwa Sławoja Golańskiego, który na swoje nieszczęście nie zarejestrował go w ZAIKSie; DJ czytał nazwisko a słuchacz musiał prawidłowo uzupełnić, dodać imię osoby – polityka, muzyka, postaci historycznej. Miał na to 10 – 20* sekund. Rano można było również wygrać kolację dla dwojga (patrz: Pizzeria Piccolo). Konkurs 10 imion był realizowany przez wiele lat, z pominięciem Sławoja.

Nie prowadziłem programów, nie miałem audycji autorskiej, ale jedna z niewielu zapadła mi w pamięć. Jan Szewczyk, malarz (patrz totemy przy ul. Mariackiej) wrócił akurat z Australii. Od słowa do słowa – rozmowa. Sporządziliśmy i spędziliśmy na antenie ten wieczór wedle starej aborygeńskiej receptury: Jan Szewczyk - opowieści z przejazdu przez Australię w poprzek - naturalna ścieżka dźwiękowa z austarlijskiego buszu oraz Mike Jagger i Rolling Stones. Jako że ta muzyka towarzyszyła Janowi Szewczykowi w tym rajdzie przez Australię. Wiem co to antena i jaka to przyjemność rozmowa z ludźmi. Taką była rozmowa z ekipą, która się bawiła na Chociwelce przy muzyce z Radia AS. Tak też się ludzie wtedy bawili.

Radia słuchali różni ludzie. Przed audycją nocną, którą prowadzili Beata Zegarlicka i Konrad Pawicki, ćwiczono stary radiowy wynalazek „ty do mnie zadzwoń, a ja ci puszczę”, wiadomo co się działo. „Puszczanie” się kończyło, na antenie pojawiali się – ONI, a wraz z nimi zupełnie inna radiowa klientela. (Pani Beato, Konrad – napiszcie). As miał szczęście do duetów jak choćby Robert Siwy Nowak, który wespół z Joanną (Buszko) Tyszkiewicz starali się jak tylko można. A raz nawet zrobili jak nie można. Co ktoś zarejestrował i doniósł w zalakowanej kopercie. A jakże – verba volant, scripta (taśma) manent. I trzeci świetny duet to Piotr „Tytus” Czajkowski i Marzena Szustak.

Wojciech Hawryszuk, marzec - maj 2016